piątek, 24 stycznia 2014

RenFair

"Trust me
There’s no need to fear
Everyone’s here
Waiting for you to finally be one of us"

U niósł się w pół obrocie, blokując drzewce za plecami na zgięciach łokci. Parł do przodu slalomem, okręcając się wokół własnej osi. Oba końce włócznie gwizdały wściekle w powietrzu, kiedy obnażył kły i wypuścił z gardła wściekły krzyk. Jakby niewidzialnych przeciwników, z którymi toczył aktualnie bój, przybyło i go osaczyło. Wypuścił ostrze, łapiąc za nasadę. Dał mu wystrzelić po łuku zgodnie z logiką pędu i dopiero w połowie jego wędrówki, chwycił drzewce oburącz, zawijając błyskawiczne koło z zakończeniem ruchu w postaci śmiercionośnego dźgnięcia. Raz w twarz, przebijając czaszkę. Drugi raz w brzuch, wypruwając wnętrzności. Rzucił się w tył i wybił do prężnego, wysokiego skoku. Jego krzyk zmieszał się z furkoczącym gwizdem ostrza.

Kiedyś był inny. Zmienił się. Z egoistycznego, uciekającego się do tchórzostwa zaszczutego zwierzęcia, przeistoczył w rozsądnego dowódcę, który poświęca wszystkie swoje siły na uniesienie ciężaru jaki spoczywa na jego barkach; zapewnienia wszystkim bezpieczeństwa oraz doprowadzenie ich do Ziemi Obiecanej.
Jednak nie zawsze jest w stanie dzierżyć odpowiedzialność, jaka nań spoczywa...

W ylądował w kucnięciu, wbijając płynnie ostrze włóczni w ziemię. Pot spływał mu po grzbiecie, lepił kosmyki ciemnych włosów do ramion i czoła, kiedy pierś unosiła się w zadyszce. Zamknął powiekę, czując jak chmury rozwiewają się pod wpływem wiatru, jak ich siła rzednie i nadciąga to co nieuniknione. Ból zapulsował mu w żyłach, spiął zmęczone mięśnie rozrastając je pod szarzejącą skórą. Rozwarł ślepię, którego tęczówka zaiskrzyła się wilczym błyskiem w chłodnym mroku nocy, a z gardziela umknął głęboki warkot łaknącej krwi bestii. 

"Calm down
You may be full of fear
But you’ll be safe here
When you finally trust me
Finally believe in me"


P oczątek w yprawy


Płomienie rodziły kłęby, czarnego dymu, który sypał pyłem, wciskając go w gardła i oczy stłumionych w dole ludzi. Zbroje zgrzytały o siebie nie mniej jak ostrza, kiedy podzieleni na grupki, rozpaczliwie bronili swych żyć. Spisek przeciwko nie-ludziom wzniecił pożogę, kiedy inkwizycja wkroczywszy do miasta od wewnątrz, jęła jawnie wyżynać wszystkich tych, którzy nie należeli do gatunku ludzkiego. W międzyczasie zwerbowali ponad połowę sił braci adamów i sióstr ewy, sprawiając iż odmieńcy nie mieli najmniejszych szans. Ci, którzy przetrwali pierwsze zwarcie, rozpaczliwie ubijali sobie drogę do wyjścia.
-Do wschodniej bramy! - Zakrzyknął RenFair, dzierżąc w dłoni bułat. Skrzyżował go z zamaskowanym inkwizytorem aż między ostrzami zazgrzytały iskry. - Wycofać się!
Garstka ocalałych nie-ludzi z jego sił zbrojnych, których tak skrzętnie trenował przez ostatnie lata, bez chwili wahania rzuciła się do odwrotu. Jako grupa, nie dzieląca się na krew czy pochodzenie, zawarli silne więzi między sobą, gdyż do dziś ramię w ramię bronili zaciekle miasta, które teraz płonęło przez ich kuzynów. Wielu z nich nie było w stanie skrzyżować ostrzy ze swymi braćmi i ren jako dowódca dobrze o tym wiedział. Pozostała im jedynie ucieczka.
Hybryda sapnął kiedy rosły mężczyzna naparł na niego, zmuszając go do cofnięcia się. Wyszarpnął szybkim ruchem kindżał zza pasa i sięknął nim dwa razy powietrze, kiedy tamten umknął przez ciosami mogącymi płynnie pozbawić go przedramienia. Ren zasyczał wściekle, obnażając kły w ostrzeżeniu po czym sparował jego kolejny atak, cofnął się i ponowił czynność, osuwając ostrze wzdłuż ostrza swego przeciwnika. To pozwoliło mu zbliżyć się na tyle iż był w stanie zatopić żądło kindżału aż po samą rękojeść.
Odepchnął konającego od siebie kopniakiem i rozejrzał się za swym oddziałem. Większości udało się przedrzeć bliżej muru, lecz pozostały dwie małe grupki, które broniąc się jak mogły, zostały sprytnie oddzielone od reszty.
-Po moim trupie. - Warknął i wywinął bułatem, strzepując z niego nadmiar krwi. Wcisnął go do pochwy przy pasie, sięgnął po drugi kindżał i nabierając głęboko powietrza użył wampirzej prędkości, ażeby szybko i sprawnie móc dostać się do nieszczęśników.
Załopotała czerwona smuga Fairowskiego szala, kiedy ciął pierwszego z napastników w kark, natychmiastowo pozbawiając go życia. Uchylił się przed zamachnięciem z obrotu i podciął następnemu ścięgna przy kolanie, a kiedy ten ukląkł w swej niemocy, prostując się wyprowadził błyskawiczny cios do dołu ku górze, przeżynając krtań.
Widok swego dowódcy, dodał sił zmęczonym żołnierzom. Natychmiast, jakby czytali w jego myślach, zwarli tarcze i naparli na napastników. Odrzucili ich na dwa kroki, wtedy pierwsza flanka przykucnęła ażeby do czynu dopuścić ukrytych z tyłu braci, którzy wyskoczyli zza bariery i przeorali głowy napastników płynnymi dźgnięciami włóczni.
-Wycofać się w stronę muru! - Ponowił rozkaz, umykając za jednego z tarczowników, kiedy gnani siłą walki, rozdzielali szyk nieprzyjaciela niczym głaz, rwący nurt rzeki. - Będziemy przebiegać koło Mikaela! Trzeba im pomóc się wydostać! - Skręcili gwałtownie kiedy fala inkwizytorów okazała się zbyt liczna, ażeby przedostać się przez nich barierą. - Lorenz! Math! Osłaniajcie tarczowników kiedy będą rozbijać tych dupków w piździec!
Mężczyźni skinęli głowami na znak iż rozumieją, po czym napędzając swych pobratymców, pomogli ze zdwojoną siłą zetrzeć im się z osaczającymi drugą grupkę przeciwnikami. Tarczownicy odsłonili się na parę chwil ażeby ugodzić w pierwsze swe, nieświadome ataku ofiary mieczami, zasłonić się ponownie i ogłuszyć następnych uderzeniem. Osaczona grupa, wnet pojęła iż jest uratowana i ze zdwojoną siłą rozbiła okrąg najeżony ostrą stalą.
Ren siekł w gardło najbliższego mężczyznę, który zamierzał się z zamachem na walczących obok, kątem oka widząc jak Math przebija czaszkę włócznią, następnego.
Bełt zbłąkanego strzału z kuszy, świsnął mu zaraz obok ucha, odrywając ostrym grotem parę kosmyków ciemnych włosów. Zareagował błyskawicznie.
-Formacja żółwia! - Wszyscy zbili się w jedno, osłaniając tarczami ze wszystkich stron. - Naprzód! - Zakrzyknął a wtedy ruszyli, prąc do przodu.
Tłum spostrzegł iż chcą umknąć a sięgające ich strzały i bełty nie były w stanie wyrządzić im krzywdy, odbijając się od tarcz bądź w nich grzęznąć. Dlatego naparli na nich, tłukąc mieczami z bojowym okrzykiem.
-Uwaga, przygotować włócznie! - Ryknął a tkwiący wewnątrz żołnierze, przemykający po bokach tarczowników na przodzie, zacisnęli mocniej palce na swej broni. - żądła!
Tarcze rozwarły się ze zgrzytem na ledwo dwa uderzenia rozkołatanego serca, tylko po to ażeby uzbrojeni we włócznie, mogli szybkim dźgnięciem pozbawić życia napastników. Bariera szybko się zwarła a grupka ocalałych przeszła po konających bądź martwych.
Cała czynność powtórzyła się ponownie parokrotnie, dopóki strzała nie wpadła do wewnątrz, przeszywając głowę jednego z braci.
-Mikael! - Ktoś krzyknął, gotowy opuścić tarczę i rozbić formację, lecz Ren błyskawicznie przywołał go do porządku.-Zostaw go! Padł i nic na to nie poradzisz, idziemy dalej albo osobiście poderżnę Ci gardło!
Mężczyzna zacisnął zęby, uniósł tarczę nad grzbietem i z rykiem naparł na swych przyjaciół na przodzie, zmuszając całą formację do szybszego ruchu.
Wkrótce dotarli do płonącej bramy, gdzie panował mniejszy luz z racji płomieni.
- Spocząć! - Wszyscy przykucnęli, zawierając tarcze jeszcze bardziej ściślej niż przed chwilą, kiedy salwa strzał rąbnęła w ich powierzchnie. - Zasłońcie twarze i gnajcie aż do linii lasu! JazdA!
Wszyscy naciągnęli kołnierze na usta, unieśli się z trudem na zmęczone nogi i ruszyli, znikając w dymie. A ten zawirował od pędu, zamykając na ich sylwetkach zębatą paszczę.


Ren wsłuchiwał się w leśną ciszę, kołyszącą go w rytm drzewa na którym aktualnie się schronił. Przetrwało ich zaledwie sześciu, kiedy po wybiegnięciu z miasta pojęli iż pierwsza grupa została rozbita i wyrżnięta jak zwierzyna. Gnani strachem, biegli wiele godzin, klucząc między potokami i drzewami aż w końcu gdy hybryda upewnił się iż nikt za nimi nie wypuścił pościgu, zakrzyknął postój. Ze względu na mutanty zamieszkujące te lasy, z którymi po drodze się nie raz spotkali, żołnierze byli zmuszeni zrzucić z siebie ciężkie pancerze, odłożyć tarcze i wspiąć się na drzewa, gdzie każdy uwił z gałęzi prymitywne posłanie ażeby móc wreszcie zasnąć.
Jedynie hybryda nie spał, spoglądając na twarze swych żołnierzy, brudne od sadzy i zakrzepłej krwi. Na ich zmęczone żałobą umysły.
Wszyscy kogoś straciliśmy zeszłej nocy, pomyślał. Nabrał głęboko świeżego, leśnego powietrza w płuca i przekręcił się na gałęzi z lekkim trudem. Najwygodniejsze łóżko to, to nie było. Spojrzał na wstające słońce nad uśpionymi wierzchołkami drzew. Takie płomienne, takie gorące.
- Obyś była już dawno w drodze do innego miasta. - Wymruczał sam do siebie. - A jeśli padłaś w boju, mam nadzieję, że jesteś w lepszym miejscu, wyzutym z bólu i cierpienia.
W głębi duszy, mocno wierzył iż feniksowi udało się uciec tak samo jak jemu. Jego nadzieja była równie płomienna co powstająca tarcza słońca.


O gólnie
  • Nosi miano RenFair
  • Posługuje się głównie włócznią,
kindżałami oraz szablą, chroni rzemieniową,
małą tarczą
  • Jego „człowiecza” forma przypomina wampira
jednak jako wilkołak ma o wiele bardziej
okazałe kły od pospolitych wilkołaków
  • Nie przepada za ogniem dlatego
z większością Ognistych nie ma
najlepszych kontaktów
  • Zawsze ma przy sobie książeczkę hamleta
    którą dosyć często czyta
  • Mimo iż posiada konia, zwykle podróżuje pieszo
    u jego boku
  • Sypia na raty po 1-2 godziny ażeby
    nie tracić na czujności
  • gdy zapada pełnia, wyprzedza wędrujące
    grupy konno, puszcza zwierzę w drogę
    powrotną i pod postacią hybrydy
    nie panującej nad krwiożerczymi instynktami
oczyszcza okolicę z wrogów
 


O powiadania
"Trust me
I’ll be there when you need me
You’ll be safe here
When you finally trust me
Finally believe in me"
 

- Three Days Grace "Let You Down" 

[Karta będzie uzupełniana w grafiki. 
Wizerunek by ja, więc nie kopiować ani nie używać bez mojej zgody bo znajdę i urąbie łapki.
No i.. nie bójcie się Reniferka. Nie gryzie. Czasem ;) ]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz