sobota, 25 stycznia 2014

Echo "Fairth" Russeau





K   A   R   T   O   T  E   K  A

I M I Ę:  Echo.
N A Z W I S K O: Russeau.
K R Y P O N I M: Fairth.
W I E K:  20 lat.
R A S A:  Człowiek.
G R U P A:  Woda.
R A N G A: Zwiadowca.







۝

Znalazła ją w lesie, może godzinę lub dwie od aktualnego obozowiska całej grupy. Nie była sama, chociaż można by odnieść takie wrażenie widząc skuloną na ziemi dziewczynę która zasłaniała sobie uszy starając nie dostrzegać chaosu panującego wokół niej.  Mężczyzna otoczony był przez pięć niezbyt świeżych trupów a jednak an tyle żwawych, że trudno mu było manewrować przy pomocy jednej ręki uzbrojonej w maczetę. Drugie ramię przyciskał do jego boku.  Jego towarzyszka siłowała się w międzyczasie z nałożeniem bełtu na kuszę w momencie w którym jeden z trupów dopadł od boku wbijając zęby w ramię. W tym wszystkim Echo trwała w bezruchu nie widząc nadchodzącej wampirzycy. Zombie też jej nie widziały - umarły szybko, zbyt zainteresowane sprawdzaniem wnętrzności mężczyzny.

Może by jej nie zabrała, może by ją dobiła. Ale coś ją tknęło w głębi duszy, że to ludzkie szczenię przypomina jej córkę gdy ta była jeszcze bardzo młoda. I była jeszcze prośba wypowiedziana półszeptem przez kobietę której baronowa skróciła cierpienie.  Poza tym w tej istocie było coś dziennego, wydawała się nie pasować do otaczających ją trupów i zapachów rozkładu - była zbyt... Delikatna? 

Ukryła ją pod zwalonym drzewem aby dowiedzieć się czy jej nowi towarzysze zaopiekują się sierotą. Wolała nie wspominać, że w dokumentach znalezionych przy rodzicach dziewczyny stało, że należeli do inkwizycji i, że najwyraźniej przed nią uciekali. Może lepiej nie stwarzać więcej problemów niż trzeba. 

Wróciła potem wraz z przywódcą wszystkich grup, na razie to jemu najbardziej ufano. Zabrali ją, by wpaść w jeszcze większy chaos i walkę o przetrwanie toczoną na jeziorze, ale ta historia nie należy już do mnie i nie ja ją opowiem.

۝

Dłoń wsunięta do miseczki z wodą, nic więcej a jednak aż tyle. Nieobecne spojrzenie i całkowity brak reakcji na bodźce zewnętrze. Jej matka stała obok opierając dłoń w opiekuńczym geście bark jedynej córki. Ojciec Igo postukał długopisem w notatnik i odłożył go na stolik przypatrując się starszej z kobiet.
- Kiedy się to zaczęło?  - Pytanie jedno z tysiąca które miały być dziś zadane.
- Od śmierci jej brata bliźniaka. Będzie trzy miesiące... Staje się taka inna, nieobecna i całkowicie bierna. Nic nie pomaga... Ona trwa w tym stanie aż sama się nie obudzi. Nie potrafimy tego kontrolować, jeśli ma kontakt z jakąkolwiek cieczą od razu znika dla nas. Już nie wiemy co robić.
Pomocnik młodszego inkwizytora w okręgu dwudziestym przyjrzał się sześciolatce. Wydawała się być normalna, ot ładne dziecko, ładnej rodziny o ładnej reputacji którą głupio by było zszargać odmieńcem.
- Sądzę, że sobie z tym poradzimy. A jeśli nie, to Bóg stworzył ją taką jak jest, więc miał cel w tym by wasza córka odkryła w sobie tą mo... zdolność. To nic złego. Zajmiemy się nią i wykorzystamy jej talent do odpowiednich celów.


To się rozwijało. Echo ma niezwykły talent kontaktowania sie duchem swojego brata który zmarł w wyniku utonięcia. Wystarczy jej kontakt fizyczny z jakąkolwiek cieczą by połączyć się ze swym bliźniakiem i przy pomocy jego oczu obserwować świat. Oczywiście widzi to co chce jakby unosząc się nad powierzchnią dowolnej innej wody - jeziora, rzeki, kałuży - lecz ma to swoje ograniczenie: jeśli wyślę ducha brata dalej niż trzy kilometry od siebie to traci z nim kontakt i wraca gwałtownie do swojego ciała. Oczywiście podczas badania otoczenia w ten sposób jej ciało pozostaje całkowicie bezwolne. Dzięki temu talentowi jest świetnym zwiadowcą, lecz tylko jeśli wiadomo, że ma się w miejscu do którego się dąży wodę.


۝

Echo to istotka wyjątkowo zmienna i niestała w swoich odczuciach. Na ogół jest całkowicie apatyczna w stosunku do społeczeństwa, powodem jest wieczny kontakt z jakimiś płynami co ją niemiłosiernie rozprasza. W dodatku ze względu na wychowanie przez religijnych ludzi oraz inkwizycje w jej umyśle kiełkuje ziarno niepokoju gdy spotyka się z nieludźmi. Nie potrafi też wyrażać swoich emocji, ma trudności z nawiązywaniem kontaktów z innymi. A jednak są osoby którym ufa od pierwszego spotkania zaś inne muszą sobie długo zarabiać na jej sympatię. Bywa małomówna a czasami gdy poczuje się bezpiecznie potrafi paplać bez przerwy na całkowicie nic nie znaczące tematy. Jednak jest jedna rzecz jakiej nigdy nie robi - nie potrafi się śmiać czy uśmiechnąć - ten stan utrzymuje się od śmierci jej brata. To kukiełka w rękach lalkarza. 



__
Na wątki otwarta i chętna. Karta prawdopodobnie w międzyczasie będzie uzupełniana o dodatkowe informacje.

Skye


 Tylko ona się liczyła, tylko na niej jej zależało. Niezaspokojone pragnienie paliło. Ból zżerał wszystkie nerwy. I był na to tylko jeden lek.

Krew.



  " Witaj, o piękny nieznajomy. Nazywam się Skye, ale wołają też na mnie "Twój najgorszy koszmar" oraz ... eee... nie bardzo wiem co to znaczy, ale brzmi jak ryk zarzynanej świni."

krwiopijca
pijawka
potępiona
WAMPIR

Urodziłam się w czasach, gdy coś takiego jak Hiszpania jeszcze nie istniało, ale gdy pytają o pochodzenie, bez wahania odpowiadam, że w moich żyłach płynie gorąca krew. Co jest oczywiście głupią ironią, bo przecież każdy dobrze wie, że tacy jak ja są zimni jak lód. Większość swojego życia spędziłam w obozach treningowych, lub na wyprawach. No tak, warto wspomnieć, że za życia byłam INKWIZYTORKĄ. Całkiem niezłą, nie chwaląc się. Mój pierwszy mąż również był inkwizytorem. Dobrze nam się wiodło. Naprawdę dobrze. Paliliśmy miasta, topiliśmy wiedźmy i torturowaliśmy opętane dzieciaczki. Pomiędzy to wszystko proszę sobie jeszcze wsadzić dziki seks niemal co noc. Nie był to związek z miłości. Myślę jednak, że w XIV wieku mało kto brał ślub z miłości. 




" - Proszę pani, a jak powstają wampiry?
- Och, poważnie? No wiesz, jest sobie mama wampir i tata wampir i oni muszą się bardzo, bardzo mocno przytulać...
- Skye, z łaski swojej zostaw to biedne dziecko w spokoju."

Zostałam przemieniona w ramach zemsty. Doprawdy, posłużyłam tylko jako głupi pionek w o wiele większej grze, niż mogłoby się wydawać. Dowiedzieliśmy się gdzie ma kryjówkę jeden ze starszych klanów, zaatakowaliśmy. W trakcie walki wydało się, że jestem żoną mojego męża. Jeden z wampirów najwyraźniej miał do niego o coś żal (później dowiedziałam się, że mój kochany partner zabił jego laskę i córki, posądzone o czary), więc stwierdził, że nieźle mu da w dupę, jeśli mnie przemieni. No i ... zrobił to. Byłam przerażona, nie wiedziałam co robić, więc wróciłam do domu... A ta sierota życiowa dała mi drewniany kołeczek i kazała zakończyć swój żywot. Pamiętam, że powiedziałam mu coś w stylu "Już jestem martwa" i skręciłam mu kark. Nie żałowałam. Wciąż nie żałuję. Potem wróciłam do tego klanu, który chcieliśmy pokonać, z jego głową. Przyjęli mnie jak bohaterkę. Spędziłam tam wspaniałe 600 lat, w trakcie których zdążyłam się bezmyślnie zakochać w przywódcy. Ach, Aleksander... Wspaniały człowiek. Razem prowadziliśmy klan przez niemal 300 lat. Szkoda, że umarł. W łóżku nie było od niego lepszych. 

"- Ej, ej! Co ty robisz z tym zimnym kołkiem? Nie, żebym się czepiała, ale jak już coś się ma we mnie wbijać, to wolałabym, żeby miało temperaturę pokojową i wchodziło w wyznaczone do tego otwory, a nie robiło nowe. " 
To nie tak, że jestem jakaś puszczalska, czy coś. W końcu przez trzy wieki dotrzymywałam wierności jednemu facetowi, któremu się umarło jakiś rok temu. Nowy przywódca trochę mnie nie lubił, a nawet bardziej niż trochę, więc żeby ratować cztery litery musiałam spieprzać ile sił w nogach. Na szczęście, nie musiałam wykorzystywać do tego swoich nóg. Podróżuję na koniu czystej krwi arabskiej. Wspaniały siwek. Zwie się Boogie. Od zawsze uwielbiałam te zwierzęta. Przez to nazywano mnie "Panią z Dzikiego Zachodu". Cóż, nic dziwnego. Lubię długie płaszcze, gorsety i skórzane ubrania. Mam długie, kasztanowe loki i brązowe oczy, które przybierają czerwoną barwę, gdy jest we mnie nadmiar emocji. Jestem dość wysoka, bo mam aż 170cm wzrostu, ale przez te wszystkie lata zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Pomyślałby ktoś, niezła laska. Jednak jest kilka małych drobiazgów, które nie pasują do tego ślicznego obrazeczka. Po pierwsze - tatuaże. Na przedramionach mam wytatuowane czarne wstęgi, które kończą się na palcach u dłoni znakami krzyża. Oprócz tego, na łańcuszku noszę srebrny krzyż. Pamiątka po Aleksandrze. No tak, jestem trochę sentymentalna. 

" - Dlaczego ty się ciągle śmiejesz?!
- Egzystujemy w takich czasach, że tylko śmiech trzyma nas jeszcze przy życiu."
Jako osoba, która zbyt wiele w życiu nie osiągnęła (nie licząc poderwania przywódcy wampirzego klanu) staram się nadrabiać jak mogę swoim poczuciem humoru. Niestety, w dzisiejszych czasach poczucie humoru nie wystarcza. Dlatego przydaje mi się to, czego nauczyłam się będąc inkwizytorką. A mianowicie - posługiwanie się bronią białą. Z łuku co prawda też umiem strzelać, ale prędzej trafię komuś nożem w oko, niż strzałą w wielkie, czerwone koło.  Z walką wręcz też nie mam większych problemów. Znam się również  na medycynie, ale oczywiście nikt nigdy nie bierze mnie pod uwagę ze względu na wampiryzm. Cóż za nietolerancja! Na szczęście jednak me wspaniałe umiejętności związane z walką na coś się przydały, ponieważ objęłam stanowisko trenera gildii Ziemi.

Po tym, jak uciekłam z klanu napisałam do przywódcy gildii Ziemi, którego poznałam jeszcze za czasów, gdy moje serce biło, z prośbą, o przyjęcie mnie do niej. Dowiedziałam się jednak z jego odpowiedzi, że Miasto niedługo upadnie i gdy już do niego trafię, mam ich wytropić. Tak więc zrobiłam i w końcu mi się to udało. Ze względu na moje bycie wampirem, nie jest mi łatwo zdobyć zaufanie grupy, jednak nie mam innego wyjścia. W końcu w dzisiejszych czasach samotny wampir to... martwy wampir.









[ A więc jestem i ja. Kłaniam się niziutko i zapewniam, że przyjmę na klatę wszelką krytykę, jeśli zostanie ona podana w jakiś miły sposób. Błagam, nie krzyczcie. ]

piątek, 24 stycznia 2014

RenFair

"Trust me
There’s no need to fear
Everyone’s here
Waiting for you to finally be one of us"

U niósł się w pół obrocie, blokując drzewce za plecami na zgięciach łokci. Parł do przodu slalomem, okręcając się wokół własnej osi. Oba końce włócznie gwizdały wściekle w powietrzu, kiedy obnażył kły i wypuścił z gardła wściekły krzyk. Jakby niewidzialnych przeciwników, z którymi toczył aktualnie bój, przybyło i go osaczyło. Wypuścił ostrze, łapiąc za nasadę. Dał mu wystrzelić po łuku zgodnie z logiką pędu i dopiero w połowie jego wędrówki, chwycił drzewce oburącz, zawijając błyskawiczne koło z zakończeniem ruchu w postaci śmiercionośnego dźgnięcia. Raz w twarz, przebijając czaszkę. Drugi raz w brzuch, wypruwając wnętrzności. Rzucił się w tył i wybił do prężnego, wysokiego skoku. Jego krzyk zmieszał się z furkoczącym gwizdem ostrza.

Kiedyś był inny. Zmienił się. Z egoistycznego, uciekającego się do tchórzostwa zaszczutego zwierzęcia, przeistoczył w rozsądnego dowódcę, który poświęca wszystkie swoje siły na uniesienie ciężaru jaki spoczywa na jego barkach; zapewnienia wszystkim bezpieczeństwa oraz doprowadzenie ich do Ziemi Obiecanej.
Jednak nie zawsze jest w stanie dzierżyć odpowiedzialność, jaka nań spoczywa...

W ylądował w kucnięciu, wbijając płynnie ostrze włóczni w ziemię. Pot spływał mu po grzbiecie, lepił kosmyki ciemnych włosów do ramion i czoła, kiedy pierś unosiła się w zadyszce. Zamknął powiekę, czując jak chmury rozwiewają się pod wpływem wiatru, jak ich siła rzednie i nadciąga to co nieuniknione. Ból zapulsował mu w żyłach, spiął zmęczone mięśnie rozrastając je pod szarzejącą skórą. Rozwarł ślepię, którego tęczówka zaiskrzyła się wilczym błyskiem w chłodnym mroku nocy, a z gardziela umknął głęboki warkot łaknącej krwi bestii. 

"Calm down
You may be full of fear
But you’ll be safe here
When you finally trust me
Finally believe in me"


P oczątek w yprawy


Płomienie rodziły kłęby, czarnego dymu, który sypał pyłem, wciskając go w gardła i oczy stłumionych w dole ludzi. Zbroje zgrzytały o siebie nie mniej jak ostrza, kiedy podzieleni na grupki, rozpaczliwie bronili swych żyć. Spisek przeciwko nie-ludziom wzniecił pożogę, kiedy inkwizycja wkroczywszy do miasta od wewnątrz, jęła jawnie wyżynać wszystkich tych, którzy nie należeli do gatunku ludzkiego. W międzyczasie zwerbowali ponad połowę sił braci adamów i sióstr ewy, sprawiając iż odmieńcy nie mieli najmniejszych szans. Ci, którzy przetrwali pierwsze zwarcie, rozpaczliwie ubijali sobie drogę do wyjścia.
-Do wschodniej bramy! - Zakrzyknął RenFair, dzierżąc w dłoni bułat. Skrzyżował go z zamaskowanym inkwizytorem aż między ostrzami zazgrzytały iskry. - Wycofać się!
Garstka ocalałych nie-ludzi z jego sił zbrojnych, których tak skrzętnie trenował przez ostatnie lata, bez chwili wahania rzuciła się do odwrotu. Jako grupa, nie dzieląca się na krew czy pochodzenie, zawarli silne więzi między sobą, gdyż do dziś ramię w ramię bronili zaciekle miasta, które teraz płonęło przez ich kuzynów. Wielu z nich nie było w stanie skrzyżować ostrzy ze swymi braćmi i ren jako dowódca dobrze o tym wiedział. Pozostała im jedynie ucieczka.
Hybryda sapnął kiedy rosły mężczyzna naparł na niego, zmuszając go do cofnięcia się. Wyszarpnął szybkim ruchem kindżał zza pasa i sięknął nim dwa razy powietrze, kiedy tamten umknął przez ciosami mogącymi płynnie pozbawić go przedramienia. Ren zasyczał wściekle, obnażając kły w ostrzeżeniu po czym sparował jego kolejny atak, cofnął się i ponowił czynność, osuwając ostrze wzdłuż ostrza swego przeciwnika. To pozwoliło mu zbliżyć się na tyle iż był w stanie zatopić żądło kindżału aż po samą rękojeść.
Odepchnął konającego od siebie kopniakiem i rozejrzał się za swym oddziałem. Większości udało się przedrzeć bliżej muru, lecz pozostały dwie małe grupki, które broniąc się jak mogły, zostały sprytnie oddzielone od reszty.
-Po moim trupie. - Warknął i wywinął bułatem, strzepując z niego nadmiar krwi. Wcisnął go do pochwy przy pasie, sięgnął po drugi kindżał i nabierając głęboko powietrza użył wampirzej prędkości, ażeby szybko i sprawnie móc dostać się do nieszczęśników.
Załopotała czerwona smuga Fairowskiego szala, kiedy ciął pierwszego z napastników w kark, natychmiastowo pozbawiając go życia. Uchylił się przed zamachnięciem z obrotu i podciął następnemu ścięgna przy kolanie, a kiedy ten ukląkł w swej niemocy, prostując się wyprowadził błyskawiczny cios do dołu ku górze, przeżynając krtań.
Widok swego dowódcy, dodał sił zmęczonym żołnierzom. Natychmiast, jakby czytali w jego myślach, zwarli tarcze i naparli na napastników. Odrzucili ich na dwa kroki, wtedy pierwsza flanka przykucnęła ażeby do czynu dopuścić ukrytych z tyłu braci, którzy wyskoczyli zza bariery i przeorali głowy napastników płynnymi dźgnięciami włóczni.
-Wycofać się w stronę muru! - Ponowił rozkaz, umykając za jednego z tarczowników, kiedy gnani siłą walki, rozdzielali szyk nieprzyjaciela niczym głaz, rwący nurt rzeki. - Będziemy przebiegać koło Mikaela! Trzeba im pomóc się wydostać! - Skręcili gwałtownie kiedy fala inkwizytorów okazała się zbyt liczna, ażeby przedostać się przez nich barierą. - Lorenz! Math! Osłaniajcie tarczowników kiedy będą rozbijać tych dupków w piździec!
Mężczyźni skinęli głowami na znak iż rozumieją, po czym napędzając swych pobratymców, pomogli ze zdwojoną siłą zetrzeć im się z osaczającymi drugą grupkę przeciwnikami. Tarczownicy odsłonili się na parę chwil ażeby ugodzić w pierwsze swe, nieświadome ataku ofiary mieczami, zasłonić się ponownie i ogłuszyć następnych uderzeniem. Osaczona grupa, wnet pojęła iż jest uratowana i ze zdwojoną siłą rozbiła okrąg najeżony ostrą stalą.
Ren siekł w gardło najbliższego mężczyznę, który zamierzał się z zamachem na walczących obok, kątem oka widząc jak Math przebija czaszkę włócznią, następnego.
Bełt zbłąkanego strzału z kuszy, świsnął mu zaraz obok ucha, odrywając ostrym grotem parę kosmyków ciemnych włosów. Zareagował błyskawicznie.
-Formacja żółwia! - Wszyscy zbili się w jedno, osłaniając tarczami ze wszystkich stron. - Naprzód! - Zakrzyknął a wtedy ruszyli, prąc do przodu.
Tłum spostrzegł iż chcą umknąć a sięgające ich strzały i bełty nie były w stanie wyrządzić im krzywdy, odbijając się od tarcz bądź w nich grzęznąć. Dlatego naparli na nich, tłukąc mieczami z bojowym okrzykiem.
-Uwaga, przygotować włócznie! - Ryknął a tkwiący wewnątrz żołnierze, przemykający po bokach tarczowników na przodzie, zacisnęli mocniej palce na swej broni. - żądła!
Tarcze rozwarły się ze zgrzytem na ledwo dwa uderzenia rozkołatanego serca, tylko po to ażeby uzbrojeni we włócznie, mogli szybkim dźgnięciem pozbawić życia napastników. Bariera szybko się zwarła a grupka ocalałych przeszła po konających bądź martwych.
Cała czynność powtórzyła się ponownie parokrotnie, dopóki strzała nie wpadła do wewnątrz, przeszywając głowę jednego z braci.
-Mikael! - Ktoś krzyknął, gotowy opuścić tarczę i rozbić formację, lecz Ren błyskawicznie przywołał go do porządku.-Zostaw go! Padł i nic na to nie poradzisz, idziemy dalej albo osobiście poderżnę Ci gardło!
Mężczyzna zacisnął zęby, uniósł tarczę nad grzbietem i z rykiem naparł na swych przyjaciół na przodzie, zmuszając całą formację do szybszego ruchu.
Wkrótce dotarli do płonącej bramy, gdzie panował mniejszy luz z racji płomieni.
- Spocząć! - Wszyscy przykucnęli, zawierając tarcze jeszcze bardziej ściślej niż przed chwilą, kiedy salwa strzał rąbnęła w ich powierzchnie. - Zasłońcie twarze i gnajcie aż do linii lasu! JazdA!
Wszyscy naciągnęli kołnierze na usta, unieśli się z trudem na zmęczone nogi i ruszyli, znikając w dymie. A ten zawirował od pędu, zamykając na ich sylwetkach zębatą paszczę.


Ren wsłuchiwał się w leśną ciszę, kołyszącą go w rytm drzewa na którym aktualnie się schronił. Przetrwało ich zaledwie sześciu, kiedy po wybiegnięciu z miasta pojęli iż pierwsza grupa została rozbita i wyrżnięta jak zwierzyna. Gnani strachem, biegli wiele godzin, klucząc między potokami i drzewami aż w końcu gdy hybryda upewnił się iż nikt za nimi nie wypuścił pościgu, zakrzyknął postój. Ze względu na mutanty zamieszkujące te lasy, z którymi po drodze się nie raz spotkali, żołnierze byli zmuszeni zrzucić z siebie ciężkie pancerze, odłożyć tarcze i wspiąć się na drzewa, gdzie każdy uwił z gałęzi prymitywne posłanie ażeby móc wreszcie zasnąć.
Jedynie hybryda nie spał, spoglądając na twarze swych żołnierzy, brudne od sadzy i zakrzepłej krwi. Na ich zmęczone żałobą umysły.
Wszyscy kogoś straciliśmy zeszłej nocy, pomyślał. Nabrał głęboko świeżego, leśnego powietrza w płuca i przekręcił się na gałęzi z lekkim trudem. Najwygodniejsze łóżko to, to nie było. Spojrzał na wstające słońce nad uśpionymi wierzchołkami drzew. Takie płomienne, takie gorące.
- Obyś była już dawno w drodze do innego miasta. - Wymruczał sam do siebie. - A jeśli padłaś w boju, mam nadzieję, że jesteś w lepszym miejscu, wyzutym z bólu i cierpienia.
W głębi duszy, mocno wierzył iż feniksowi udało się uciec tak samo jak jemu. Jego nadzieja była równie płomienna co powstająca tarcza słońca.


O gólnie
  • Nosi miano RenFair
  • Posługuje się głównie włócznią,
kindżałami oraz szablą, chroni rzemieniową,
małą tarczą
  • Jego „człowiecza” forma przypomina wampira
jednak jako wilkołak ma o wiele bardziej
okazałe kły od pospolitych wilkołaków
  • Nie przepada za ogniem dlatego
z większością Ognistych nie ma
najlepszych kontaktów
  • Zawsze ma przy sobie książeczkę hamleta
    którą dosyć często czyta
  • Mimo iż posiada konia, zwykle podróżuje pieszo
    u jego boku
  • Sypia na raty po 1-2 godziny ażeby
    nie tracić na czujności
  • gdy zapada pełnia, wyprzedza wędrujące
    grupy konno, puszcza zwierzę w drogę
    powrotną i pod postacią hybrydy
    nie panującej nad krwiożerczymi instynktami
oczyszcza okolicę z wrogów
 


O powiadania
"Trust me
I’ll be there when you need me
You’ll be safe here
When you finally trust me
Finally believe in me"
 

- Three Days Grace "Let You Down" 

[Karta będzie uzupełniana w grafiki. 
Wizerunek by ja, więc nie kopiować ani nie używać bez mojej zgody bo znajdę i urąbie łapki.
No i.. nie bójcie się Reniferka. Nie gryzie. Czasem ;) ]

Rozpoczęcie

Ogłaszamy wszem i wobec, że dnia 24 ,miesiąca Styczeń ,roku 2014, blog Journey to The Last Hope zostaje oficjalnie otwarty! 

Zapraszamy serdecznie do rekrutacji oraz gry. 

Prosimy także, jeśli znajdziesz błąd w tekstach, bądź w grafice, zgłoś go Nam. W przypadku źle ustawiającego się szablonu/czcionki prosimy o dostarczenie screena ażebyśmy mogli podjąć wysiłki w naprawieniu go. 

Z góry dziękujemy i jeszcze raz życzymy miłej gry!
~Admini

Ps. Dla dociekliwych; blog został zainspirowany innym blogiem, który aktualnie przestał funkcjonować (śmierć naturalna). Ze względu na bezpieczeństwo praw "do pomysłu",  jego tytułowa nazwa nie została wymieniona. 
Mimo wszystko zapraszamy wszystkich użytkowników z poprzedniej odsłony do wspólnej gry!

piątek, 18 stycznia 2013

Opowiadania

O powiadania
 -brak-

Powiązania

P owiązania


B akul- Zaprzyjaźniony szaman jeszcze sprzed upadku miasta. Jako nieliczny z wielu pomógł hybrydzie kiedy ten owej pomocy potrzebował. Ren w ramach wdzięczności, jest gotów skoczyć za nim w ogień.